Karolina Zaremba
Karolina
Zaremba
Poznan
o sobie:
Nie umrę, ale będę żyła i opowiadała o Bożej łasce. [Ps 118:17]
potrafię/chcę i mogę pomóc innym poprzez:
potrafię słuchać:) odezwij się do mnie jeśli masz problem, a posłucham i obmodlę Cię dokładnie... a poza tym: POWAŻNE propozycje translatorskie, z braku czasu tylko takie ;)
na terenie:
całego świata (Boże, dziękuję za internet :)
moi przyjaciele
mój blog
2008-04-20
inaczej

Paradoksalnie, smutek zawsze daje mi nadzieję.

Wczoraj kupiłam płytę Jimmiego Scotta i dziś rano zaczęłam nią dzień. Zamiast „kawy i papierosów” porcja mocnego starego jazzu.

Krzątam się po mieszkaniu i śpiewam z Jimmym: „So sad, so sad, it’s a sad sad situation, and it’s getting more and more absurd... So sad, so sad... why can’t we talk it over? Oh, it seems to me that sorry seems to be the hardest word...” (‘Jest tak smutno, tak smutno... tak strasznie smutno, że aż absurdalnie. Tak smutno, tak strasznie smutno... dlaczego nie możemy o tym porozmawiać? ‘Przepraszam’ to chyba najtrudniejsze słowo świata...’).

„All sadness is beautiful” (‘Smutek jest zawsze piękny’) – inna poruszająca jazzowa kompozycja. T nie może tego zrozumieć. „Smutne książki, smutna muzyka. Dlaczego tak się tym katujesz?” Trudno mi to wyjaśnić, ale wreszcie znajduję odpowiednie słowa. „Smutek jest piękny, bo świadczy o tym, że wiemy, jak powinno być inaczej. Ta świadomość jest piękna. Wiem, że coś nie powinno było się zdarzyć, że nie taki był plan. Że nie powinno boleć, że nie powinno być sytuacji bez wyjścia, że grzech nie powinien się tu panoszyć, że ludzie nie powinni się tak ranić. W tym sensie smutek jest tęsknotą za niebem. Przeczuciem, że jest miejsce, gdzie rzeczywiście BĘDZIE INACZEJ.”

Inna bardzo bliska mi osoba, C, napisała ostatnio, że jej ulubionym wersetem w Biblii jest J 11:35. „Jezus zapłakał.” Dlaczego aż tak dał się ponieść smutkowi? Przecież wiedział, że historia Łazarza ma szczęśliwe zakończenie. Ba, wiedział, że wkrótce śmierci zostanie wyrwane zwycięstwo na zawsze. Więc skąd te łzy? Może właśnie stąd, że pamiętał, jak to wszystko miało wyglądać. Zupełnie inaczej. Śmierć nigdy nie powinna się zdarzyć. Powinno być inaczej. „Bóg stworzył człowieka prawym; to człowiek zaczął potem szukać rożnych wybiegów” (Kzn 7:29, BR).

Dzisiaj, kiedy jest mi tak smutno, trzymam się tej nadziej na „inaczej”, a moja radość jest bardzo silna.

Słowa kluczowe:
2008-04-17
a jeśli spóźnisz się na autobus?

Oczywiście nie chodzi o autobus, choć historia jest autentyczna. Każdy ma taki swój wiadukt, każdy ma swoją burzę, i każdemu Bóg zadaje to pytanie... Ale najpierw tło, czyli przede wszystkim krajobraz burzowy, a jeśli o wiatr chodzi, to wręcz huraganowy. Idę poboczem autostrady. Wokół żywej duszy, żadnego dachu, żadnego drzewa, ot, pola, parę autostrad, w perspektywie ogromny wiadukt, w tle budynki logistyczne, ale chronienie się w którymś z nich nie wchodzi w grę: śpieszę się na autobus. Najpierw nie przejmuję się deszczem, zaczyna zresztą nieśmiało, tak nieśmiało, że aż trochę sobie z niego podrwiwam, ale za chwilę już kąciki ust zaczynają mi opadać, bo pada coraz mocniej i mocniej. W przeciągu dziesięciu minut przemaka mi kurtka, potem spodnie, potem buty. Idę krętą drogą pod wiaduktem i czuję, że włosy mam mokre, że dżinsy mam mokre, że palce stóp mam mokre, a woda leci mi z nosa i z końcówek włosów, i z rzęs, i nawet z czubków butów. Moje niebo w tej chwili to brak deszczu, rzecz jasna, więc autobus podmiejski spełnia jak najbardziej to niezbyt wygórowane kryterium. Oczywiście oczekuję, że zdążę. Mało to razy autobusy spóźniały się dla mnie, a anioły przytrzymywały pociągi za ogon, żeby nie odjechały? Ale trafia mnie to paskudne pytanie...

A jeśli spóźnisz się na autobus, to co?

Panie Boże! Jak ja nie lubię tych pytań. Zrobisz jak zechcesz, rzecz jasna, ale MAM NADZIEJĘ że jednak pozwolisz mi zdążyć na ten autobus.. Wychodzę spod wiaduktu i widzę, jak kilkadziesiąt metrów przede mną autobus właśnie skręca w zatoczkę, jest za daleko, żebym do niego biegła, jestem zdesperowana, ale potrzebuję też energii na przeżycie wstrząsu termicznego. Przechodzę autostradę i dziękuję Bogu za budkę zbudowaną wokół przystanku, jest nadzieja, że nie dostanę zapalenia płuc. Następny autobus za 20 minut, to straaaaaasznie długo, kiedy jest człowiekowi bardzo zimno i bardzo mokro. Próbuję czytać, ale ręce mi grabieją na wietrze (rękawiczki zagubione w akcji); poza tym średnio przemawia do mnie w tej chwili obraz meksykańskiego barrio. Ściany budki zdobią złote myśli z gatunku tych, co to w całości trzeba by wykropkować. Jestem na spodzie dna. Na dodatek Bóg pyta znowu:

A jeśli chcę, żeby się spóźnił, to co?

Hm. Dwie opcje: „złorzeczyć Bogu i umrzeć” (opcja żony Hioba) albo podziękować za słońce, które właśnie przedziera się przez chmury. Co prawda wystawiając się na nie wystawiam się też na wiatr.. ale czuję chociaż, że dotyka mnie coś ciepłego. Autobus rzeczywiście się spóźnia. Pięć minut. Dziesięć minut. Przy dwunastej obok przystanku zatrzymuje się samochód i wyrzuca elegancko ubraną, suchą kobietę.. Przyglądam jej się z zainteresowaniem, może to właśnie dla niej mój autobus się spóźnia.

Dlaczego o tym piszę? Bo chyba każdemu, a zwłaszcza chrześcijanom, Bóg zadaje to pytanie, w różnych dziedzinach życia. A jeśli odpowiem na Twoją modlitwę nie tak, jak sobie tego życzysz? A jeśli zostawię Cię na dłużej w tej sytuacji, która wydaje Ci się nie do zniesienia? A jeśli Twoje emocje przestaną Mnie na jakiś czas odczuwać? A jeśli poprowadzę Cię drogą, na końcu której znajduje się ślepa uliczka? Jak zareagujesz? Zostaniesz ze mną? I jak zostaniesz? Radośnie? Z wyrzutem? Z męczeństwem wypisanym na twarzy?

Wysuwam ramiona z rękawów i staram się ogrzać pod kurtką – stara sztuczka. Kieruję twarz do słońca. Zimno, mokro, co tam. Mogę stać na tym przystanku aż zakwitnę chińską różą, dopóki mi Jesteś, Boże.

Słowa kluczowe:
2008-04-16
konkrety

(Trochę trudno mi znowu pisać. Dawniej pisałam więcej. Dziś, gdy zaczynam cokolwiek pisać, najpierw kwestia: w którym języku? I sama nie wiem, który z dostępnych jest mi bliższy.)

Wczoraj zasypiałam z deszczem. Lunęło wtedy, gdy w atłasowych pantofelkach (z wycięciem z przodu) siedziałam przy stole, ucząc jedenastoletnią L kupować bilety w sklepie. Krople ciężkie jak małe kamyki. Ulice spłynęły wodą. A ja w cieniutkim płaszczu bez kaptura i parasola. Ale Bóg zesłał mi parasol. Czerwony. (Nawet o kolorze pamiętał, to miłe). "Ależ tak, musisz wziąć" - to mama L. - "Poradzimy sobie jakoś bez niego". Dojechałam do siebie, krocząc na czubkach palców poprzez kałuże..

Padało jeszcze długo w noc, więc zasypiałam z deszczem. "Boże, daj mi jakąś nadzieję na jutro" - ostatnia moja przytomna myśl, i Jego odpowiedź: "Masz jutro z samego rana dwie lekcje. Przeprowadź je najpiękniej jak potrafisz. Potem masz tłumaczenie, które będzie mi potrzebne. Postaraj się je zrobić jak najszybciej."

Pomyślałam: Konkrety. Dobrze. Na abstrakcyjne obietnice jeszcze nie jestem gotowa.

Dzisiaj przeżyłam dzień bez tanga w słuchawkach mptrójki. Słucham tanga, kiedy w środku mnie boli. Bardzo. Dzisiaj po raz pierwszy od tygodnia słuchawki pozostały zwinięte w kieszeni torby.

Bóg jak zwykle niesamowity. Lekcje przeprowadzone z uśmiechem. Tłumaczenie załatwione, choć teoretycznie nie było na nie czasu, nic to: odwołano mi lekcję, nie z mojej winy, więc pieniądze dostaję, a do domu mogę iść. Ludzie na odpowiednich stanowiskach (dlaczego zadzwonił właśnie V, kiedy potrzebowałam usłyszeć to, co miał mi do powiedzenia? A S.? Czy to przypadek, że wracałyśmy do domu razem? Nie wierzę..)

Wciąż nie rozumiem, jak Bóg, choć tak się o mnie troszczy, potrafi też tak zranić.

Ale "choćby mnie zabił, będę mu ufała" (Hiob 13:15).

Amen. 

Słowa kluczowe: